17 lipca 2005

# 128

Weekend weekendowi nierówny - po całej traumie minionego tygodnia, miałam leżeć do góry brzuchem i nigdzie się nie ruszać, ale w piątek wieczorem wprowadził się do mnie Żu and this is where the fun begins. Wspólne mieszkanie, choćby tylko weekendowe, to zupełnie inny format bycia ze sobą, ale co jest najwspanialsze, i co daje największy relaks to fakt, że w końcu nigdzie nie trzeba się spieszyć. Te cholerne dni, kiedy leci się na łeb na szyję, żeby dzisiaj załatwić więcej i ukraść z jutrzejszego dnia dodatkową godzinę, kiedy wszystko jest na szybko, bo już już, kończy się dzień, a tu jeszcze tyle rzeczy trzeba zrobić... Ogrom napięcia związanego z codziennym pośpiechem odczuwa się dopiero w momencie, kiedy wszystko ustaje. I nagle nie trzeba za niczym gonić, można wszędzie pójść i wszystko zrobić - nawet tam, gdzie za daleko i nawet to, co niekonieczne - bo jest na wszystko czas.
Czas. To jakieś słowo-zaklęcie.

I takie właśnie było te niecałe dwa i pół dnia. Rozmowy w środku nocy, przylepianie się do siebie w tym boskim upale, na który czeka się większą część roku, a potem na niego klnie; i seks też był bez pośpiechu, w oparach dymu z rastafariańskiego zioła, seks w innym formacie również.

Zaraz się położę i za zamkniętymi oczami będę jeszcze smakować te chwile, które dają tyle energii, że jutrzejsze piekło, które nadchodzi nieuchronnie, nie przeraża mnie tak bardzo jak powinno. Mieć kogoś takiego jak On, to błogosławieństwo, nic więcej się nie liczy.
A wygrana w radiu książka też poprawia humor.

Brak komentarzy: